Wspomnienia z piaskownicy. Dlaczego 20-letni celebryci piszą biografie i dlaczego to zbrodnia na literaturze.

Wchodzisz do księgarni. Szukasz czegoś wartościowego. Może nowy reportaż, może klasyka literatury? Ale nie możesz się do nich dopchać. Drogę tarasuje ci Wielki Mur Chiński zbudowany z książek autorstwa ludzi, którzy jeszcze wczoraj pytali mamę, czy mogą wyjść na dwór. Z okładek uśmiechają się do ciebie wyretuszowane twarze Youtuberów, Influencerek i gwiazdek jednego sezonu. Wszyscy mają po 20-parę lat i wszyscy uznali, że ich życie jest tak fascynujące, że ludzkość musi zapłacić 49,90 zł, by o nim poczytać.

Mamy do czynienia z epidemią grafomanii. Kiedyś biografia była zwieńczeniem życia. Pisało się ją, gdy miało się siwe włosy, bagaż doświadczeń, wygrane wojny, wynalezione leki albo stworzone arcydzieła. Była podsumowaniem.

Dziś biografia to gadżet. To kolejny produkt w sklepie influencera, leżący obok koszulki z logo i chińskiego kubka. To cyniczny skok na kasę, ubrany w twardą oprawę.

Pamiętniki z okresu dojrzewania

O czym, na litość boską, może pisać człowiek, który urodził się w roku 2000? Jego „historia życia” jest krótsza niż instrukcja obsługi pralki.

Otwierasz taką książkę i co znajdujesz?

  • Rozdział 1: Byłem zwykłym chłopakiem z małego miasta (jak 90% populacji).
  • Rozdział 2: W szkole mnie nie rozumieli (jak każdego nastolatka).
  • Rozdział 3: Odkryłem Internet i nagrałem pierwszy filmik (wow, niesamowite).
  • Rozdział 4: Hejt, czyli jak ktoś napisał mi brzydki komentarz i było mi smutno (dramat antyczny).

To jest banalne. To jest nudne. To jest rozwadnianie rzeczywistości. Ci ludzie próbują nadać rangę mitologii swoim pryszczom i pierwszym miłostkom. Próbują nam wmówić, że ich droga do sławy była „drogą przez mękę”, podczas gdy w rzeczywistości polegała na dobrym ustawieniu kamery i wstrzeleniu się w algorytm YouTube’a.

Porównajcie to z biografiami ludzi, którzy przeżyli obozy, tworzyli historię, zmieniali świat. Stawianie tych pozycji na jednej półce to policzek dla intelektu.

Magia dużej czcionki i szerokich marginesów

Jak napisać 300 stron o życiu, które trwało dopiero 20 lat? To proste. Stosuje się techniki znane każdemu studentowi piszącemu pracę magisterską na “odwal się”.

  1. Czcionka: Rozmiar 14, albo i 16. Żeby babcia bez okularów przeczytała.
  2. Interlinia: Taka, że zmieściłby się tam kolejny akapit.
  3. Marginesy: Szerokie jak autostrada A2.
  4. Zdjęcia: To jest klucz. Połowa książki to zdjęcia. Selfie z wakacji, selfie z psem, selfie z lustra.

W efekcie kupujesz powietrze. Tekstu w tej „książce” jest tyle, co w dłuższym artykule na Wikipedii. Ale płacisz jak za pełnowymiarową powieść. To ekologiczna zbrodnia. Drzewa zostały ścięte, woda zużyta, prąd wygenerowany – tylko po to, żeby wydrukować zbiór statusów z Facebooka jakiegoś narcyza.

Gdyby te książki odcisnąć z wody, zostałaby sama okładka.

Duch, który pisze za ciebie

Największy sekret Poliszynela? Oni tego nawet nie piszą sami.

Większość tych „dzieł” powstaje przy udziale tzw. ghostwriterów. Wynajęty dziennikarz (często sfrustrowany, że musi to robić za czynsz) przeprowadza wywiad z gwiazdą, a potem próbuje ulepić z tego bełkotu coś, co ma ręce i nogi.

Celebryta daje tylko twarz i nazwisko. Czasem nawet nie przeczyta całości przed drukiem.

To szczyt lenistwa i pogardy dla czytelnika. Kupujesz książkę „autorstwa” swojego idola, wierząc, że poznajesz jego myśli, a tak naprawdę czytasz tekst jakiegoś Krzyśka czy Anki, którzy starali się naśladować styl nastolatka. To nie jest literatura. To jest produkt marketingowy. To jak kupowanie perfumygwiazdy – ona ich nie mieszała w laboratorium, ona tylko ładnie wygląda na plakacie.

Poradniki życia dla nikogo

Jeszcze gorszą odmianą są poradniki pisane przez 20-latków.

„Jak być szczęśliwym?”, „Jak osiągnąć sukces?”, „Moja droga do równowagi”.

Czego o życiu może nauczyć mnie osoba, która nadal jest na utrzymaniu rodziców albo której jedynym sukcesem jest to, że ładnie wygląda w legginsach?

To jest coaching dla ubogich duchem. Zbiór frazesów typu „uwierz w siebie”, „nie poddawaj się”, „pij dużo wody”. Paulo Coelho dla generacji TikToka.

Młodzi ludzie, wpatrzeni w swoich idoli, kupują te brednie i myślą, że to jest recepta na życie. Że wystarczy „chcieć”. Nie widzą, że sukces ich idola to często przypadek, łut szczęścia albo bogaci rodzice, a nie efekt magicznych rytuałów opisanych w książce.

Makulatura przyszłości

Spójrzcie na kosze z przecenami w supermarketach. Co tam leży? Biografie youtuberów sprzed 3 lat. Książki gwiazd reality show, o których nikt już nie pamięta.

To jest żywot tych dzieł. Kilka tygodni na liście bestsellerów (napędzane przez fanów, którzy kupią wszystko), a potem szybka śmierć w zapomnieniu.

Książka powinna coś wnosić. Powinna uczyć, bawić, wzruszać, zmuszać do myślenia. Książki celebrytów służą tylko do jednego: do łechtania ego autora i drenażu kieszeni fanów.

Więc zanim kupisz kolejną „szczególną spowiedź” 22-letniej gwiazdy Instagrama, zastanów się. Może lepiej kupić ryzę papieru? Przynajmniej będziesz mógł na niej napisać coś własnego. I na pewno będzie to ciekawsze.

Previous Post

Dzień z życia Influencera: Jak sprzedać godność za kod rabatowy i wmówić nam, że to praca marzeń.

Next Post

Tagliatelle w Dubaju i szejk w bidonie. Mroczna strona Instagrama, o której wszyscy wiedzą, ale wolą lajkować.