Sylwester Marzeń, czyli bal na Titanicu za nasze podatki. Miliony na playback i scenografia z dykty.

5… 4… 3… 2… 1… Szczęśliwego Nowego Roku! Konfetti wystrzela w niebo, prezenterzy o uśmiechach szerszych niż ich kompetencje krzyczą do mikrofonów, a na scenie podryguje gwiazda, która swoje lata świetności miała w czasach, gdy telefon służył do dzwonienia, a nie do oglądania kotów. Witamy na „Sylwestrze Marzeń”. Imprezie, która co roku udowadnia, że w Polsce nie liczy się jakość, liczy się hałas. I to, żeby sąsiadowi z innej stacji telewizyjnej pękła żyłka z zazdrości.

To już narodowa tradycja. Zamiast barszczu i pierogów mamy Zenka Martyniuka i Louisa Fonsiego (lub ich tanie odpowiedniki). Telewizje prześcigają się w tym, kto wyda więcej pieniędzy na organizację festiwalu żenady, który ma jeden cel: pokazać „moc”. Nieważne, że ta moc jest zasilana z generatora na ropę i podłączona do głośników, z których leci muzyka z pendrive’a.

Cmentarzysko Gwiazd, czyli “Kto to jest?”

Zacznijmy od gwoździa programu, czyli zagranicznych gwiazd.

Strategia jest prosta: bierzemy kogoś, kto był na szczycie list przebojów w 1996 roku, płacimy mu gażę, za którą można by wyremontować oddział onkologii, i każemy mu udawać, że cieszy się z wizyty w Zakopanem przy minus dziesięciu stopniach.

To jest upokarzające. Polska telewizja zachowuje się jak nowobogacki wujek z Ameryki, który przyjeżdża na wieś i rzuca dolarami, żeby zaimponować biednej rodzinie.

– „Patrzcie, stać nas! Ściągnęliśmy Jasona Derulo! Zaśpiewał „Jiggle Jiggle” i pojechał, ale stać nas!”

To nie jest promocja Polski. To jest dojna krowa dla zapomnianych artystów z Zachodu. Oni przyjeżdżają tu jak na safari – zgarnąć łatwą kasę od „dzikusów”, którzy będą klaskać, bo widzą kogoś, kogo kojarzą z radia.

A jeśli nie stać nas na Derulo? To odkopujemy mumie. Thomas Anders, Boney M (w składzie, w którym nikt z oryginału już nie żyje), Dr. Alban. Muzeum Figur Woskowych na żywo. Tańczymy do trupów popkultury, udając, że to światowy poziom.

Playback, czyli koncert z USB

Największym oszustwem tych imprez jest słowo „koncert”. Koncert sugeruje muzykę na żywo. To, co oglądamy w TVP czy Polsacie, to teatrzyk pantomimy.

Wszyscy jadą z playbacku. Czasem nawet nie kryją się z tym, odsuwając mikrofon od ust w połowie zwrotki, podczas gdy głos z głośników nadal śpiewa idealnie czysto.

Instrumenty? Atrapy. Perkusista macha pałeczkami w powietrzu, gitarzysta ma niepodłączony kabel. To jest makieta muzyki.

Dlaczego godzimy się na to, by w prime time, za gigantyczne pieniądze, serwowano nam „puszkę”? Bo jest taniej? Nie, wcale nie jest taniej. Bo jest bezpieczniej. Bo Zenek na żywo mógłby sfałszować, a „gwiazda” zza granicy mogłaby zapomnieć tekstu.

Więc dostajemy produkt idealny, plastikowy, sterylny. Równie dobrze moglibyśmy puścić sobie Spotify i popatrzeć na wygaszacz ekranu. Emocje te same.

Zakopane: Zimowa Stolica kiczu i paraliżu

Osobnym dramatem jest lokalizacja. Zakopane. Miasto, które w sylwestra zmienia się w dantejskie piekło.

Setki tysięcy ludzi tłoczą się na Równi Krupowej, depcząc błoto (bo śniegu zazwyczaj nie ma, albo jest brudny). „Zakopianka” stoi w korku od Krakowa. Górale liczą dutki, sprzedając pokoje w piwnicach za cenę apartamentu w Dubaju.

A w tle? Tatrzański Park Narodowy. Zwierzęta, które budzą się z zimowego snu w panice, bo basy z „Miłość w Zakopanem” powodują lawiny w Dolinie Pięciu Stawów.

Mamy w Polsce piękne stadiony. Mamy hale widowiskowe. Ale nie. Musi być Zakopane. Bo to symbol. Symbol przaśności, tłoku i disco-polo. To polityczna decyzja, by pokazać, że „naród bawi się w górach”. To, że miasto jest sparaliżowane, a przyroda dostaje w kość, nikogo nie obchodzi. Ważne, żeby prezes telewizji mógł wyjść na scenę i krzyknąć, że jest nas milion.

Misja Publiczna: Disco Polo 24/7

„Sylwester Marzeń” to ostateczny dowód na upadek misji mediów publicznych. Kiedyś telewizja miała edukować, promować kulturę wyższą (lub chociaż średnią). Dziś promuje Zenka Martyniuka jako wieszcza narodowego.

Nie mam nic do disco-polo – niech sobie gra na weselach i w remizach. Ale kiedy Telewizja Polska, finansowana z naszych 3 miliardów złotych rocznie, robi z tego gatunku główną oś swojej oferty kulturalnej, to coś jest nie tak.

To jest równanie w dół. To mówienie widzowi: „Jesteś głupi, lubisz proste rytmy, więc damy ci proste rytmy, żebyś nie musiał myśleć”. To hodowanie bezguścia. Zamiast promować młodych, zdolnych polskich artystów (których mamy na pęczki – od popu, przez rock, po elektronikę), w kółko wałkujemy „Przez twe oczy zielone”. Bo to się klika. Bo słupki oglądalności są bogiem.

Igrzyska dla ludu

„Sylwester Marzeń” to klasyczne rzymskie „chleb i igrzyska”. Władza (telewizyjna i polityczna) daje ludowi błyskotki, żeby odwrócić uwagę od tego, co ważne.

Drożyzna? Inflacja? Kolejki do lekarzy? Nieważne! Patrzcie, Black Eyed Peas mają tęczowe opaski! Patrzcie, Maryla Rodowicz wyskoczyła z lodówki w stroju kosmonauty!

Te miliony przepalone w jedną noc to policzek dla każdego, kto płaci podatki. To pieniądze puszczone z dymem fajerwerków.

Patrzymy na tę feerię barw, na ten plastikowy przepych i czujemy się jak pasażerowie Titanica, którym orkiestra gra wesołą melodyjkę, żeby nie słyszeli trzasku łamanego kadłuba.

Bawmy się! Jutro będziemy martwić się o rachunki. Dziś jest Sylwester Marzeń. Marzeń o tym, żebyśmy w końcu byli normalnym krajem, w którym ceni się jakość, a nie ilość decybeli. Ale to marzenie, niestety, się nie spełni. Przynajmniej nie w tej telewizji.

Previous Post

Jesteś Zwycięzcą? Nie, jesteś klientem. Jak kołczingowe pranie mózgu zrobiło z nas armię naiwniaków.

Next Post

Taco Hemingway – LATARNIE WSZĘDZIE DAWNO ZGASŁY. Mroczny raport z upadku warszawskiego idola i cyfrowej obsesji w sercu metropolii