Wchodzisz do dusznej piwnicy, gdzieś między barem z tanim piwem a toaletą, która nie widziała domestosa od zeszłej dekady. Na środku stoi on. Rycerz mikrofonu. Wirtuoz słowa. Ma za dużą bluzę, czapkę wpierdzielkę i pewność siebie Kanye Westa. Chrząka, puka w mikrofon i rzuca: „A w ogóle to sraliście kiedyś w PKP?”. Publiczność nieśmiało chichocze. Witajcie na polskim Open Micu. Miejscu, gdzie marzenia o byciu drugim Lotkiem zderzają się z betonową ścianą beztalencia.
Polska scena stand-upowa przeżyła w ostatnich latach eksplozję nuklearną. I jak to po wybuchu bywa – wszędzie pełno gruzu. Nagle każdy, kto usłyszał śmiech kolegów przy wódce, uznał, że jego powołaniem jest scena. Mamy nadprodukcję komików. I mamy gigantyczny deficyt osobowości.
Generacja Kserokopiarek
Największą chorobą młodego polskiego stand-upu jest wtórność. Oglądasz debiutanta i po 30 sekundach wiesz, kogo on ogląda na YouTube.
Jeden krzyczy i gestykuluje jak Pacześ, rzucając „Jebla idzie dostać”. Drugi próbuje być uroczym grubaskiem jak Lotek (nawet jeśli waży 70 kg). Trzeci sili się na intelektualny nihilizm w stylu Gizińskiego.
To jest „Atak Klonów” w wersji niskobudżetowej. Ci ludzie nie szukają własnego głosu. Oni zakładają cudzą skórę, myśląc, że jeśli będą odpowiednio głośno krzyczeć „k**wa” i robić pauzy w tych samych miejscach co ich idole, to magicznie staną się zabawni. Nie staną się. Są jak tanie podróbki perfum z bazaru – na pierwszy rzut nosa podobne, ale po chwili czujesz tylko spirytus i rozczarowanie.
Fizjologia zamiast puenty
O czym żartują polscy adepci komedii? O sraniu. O szczaniu. O waleniu konia. O tym, że dziewczyna ma okres.
Rozumiem, fizjologia jest częścią życia. George Carlin też o tym mówił. Ale u Carlina to był środek do celu. U naszych domorosłych komików to jest cel.
Schemat jest prosty: opowiedz obrzydliwą historię, im więcej detali o wydzielinach, tym lepiej. Jeśli publiczność się nie śmieje, dodaj: „No co wy, nie rzygaliście nigdy po kebabie?”. To tanie szokowanie. To pójście na łatwiznę. Zbudowanie dobrego żartu o polityce, relacjach społecznych czy religii wymaga inteligencji i obserwacji. Zbudowanie żartu o tym, że “zrobiłeś kupę i nie było papieru”, wymaga tylko braku wstydu.
To humor na poziomie gimnazjalnej szatni, podniesiony do rangi sztuki scenicznej tylko dlatego, że ktoś trzyma mikrofon i oświetla go reflektor.
Problemy Pierwszego Świata (i Trzeciego Umysłu)
Stand-up w założeniu jest spowiedzią. Komik wychodzi i dzieli się swoim bólem, swoimi porażkami. W USA najlepsi komicy to ludzie po przejścia – rozwody, nałogi, depresje, rasizm. Ich humor jest mechanizmem obronnym. Jest prawdziwy.
W Polsce na scenę wychodzi 22-letni student z dobrego domu i próbuje nam wmówić, że ma ciężkie życie.
Jego problemy to:
- Kasjerka w Żabce krzywo na niego spojrzała.
- Dziewczyna z Tindera wyglądała gorzej niż na zdjęciach.
- Mama kazała mu posprzątać pokój.
I on o tym opowiada z pasją godną weterana wojennego. Brakuje tam autentyczności. Brakuje „mięsa”. To są anegdoty o niczym, rozciągnięte do 15 minut, wypełnione watą słowną i przerywnikami „yyyy”, „eeee”, „czacie bazę?”. Nie, nie czaję bazy, bo twoja baza jest pusta. Opowiadasz o życiu, którego jeszcze nie poznałeś, używając słów, których znaczenia nie rozumiesz, do ludzi, którzy mają dość własnych, prawdziwych problemów.
Publiczność współwinna zbrodni
Nie można winić tylko tych chłopaków (i dziewczyn, choć jest ich mniej), że próbują. Winić trzeba też nas – publiczność.
Polski widz na stand-upie jest niewymagający. Wystarczy, że padnie nazwa miasta, w którym jest występ („Ale ten Radom to dziura, co?” – salwa śmiechu), albo proste odwołanie do seksu. Nauczyliśmy ich, że bylejakość wystarczy. Że nie trzeba pisać materiału miesiącami, szlifować każdego słowa. Wystarczy wyjść, rzucić parę bluzgów, pośmiać się z grubego w pierwszym rzędzie i „robota zrobiona”.
Stand-up z tektury
Mamy w Polsce kilku świetnych komików – to prawda. Ale za ich plecami rośnie armia tekturowych ludzików. Pustych w środku, chwiejnych, przewracających się przy pierwszym mocniejszym podmuchu krytyki.
Ten balonik pęknie. Ludzie w końcu znudzą się słuchaniem po raz tysięczny o tym, jak ciężko jest kupić prezerwatywy w aptece.
Stand-up to nie jest po prostu gadanie do mikrofonu. To sztuka obserwacji. Jeśli twoją jedyną obserwacją jest to, że gówno śmierdzi, a „Baby to chuje”, to może lepiej zostań przy opowiadaniu żartów u cioci na imieninach. Tam przynajmniej sałatka jarzynowa zrekompensuje gościom stracony czas.
Dla nas, w ciemnej sali biletowanej po 50 złotych, rekompensaty nie ma. Jest tylko zażenowanie.