Znacie ten moment, kiedy ktoś opowiada żart przy rodzinnym stole, zapada cisza, a wujek Wiesiek próbuje ratować sytuację, mówiąc: „No co? Dystansu nie macie?”. Polski roast to właśnie taki wujek Wiesiek. Tylko że pijany, z mikrofonem w ręku i przekonaniem, że jest polskim Rickym Gervaisem. To, co w założeniu miało być elitarną zabawą dla ludzi z grubą skórą i ciętym językiem, nad Wisłą zamieniło się w festiwal chamstwa, braku talentu i dukania z kartki.
Oglądanie polskich roastów to doświadczenie z pogranicza masochizmu. To jak patrzenie na wypadek samochodowy w zwolnionym tempie – wiesz, że będzie bolało, wiesz, że nikt z tego nie wyjdzie cało, ale nie możesz odwrócić wzroku. Dlaczego format, który w USA jest sztuką, u nas stał się synonimem obory?
Zacznijmy od podstaw. Czym jest roast? W teorii to benefis na opak. Spotykają się przyjaciele lub znajomi z branży, by poprzez inteligentną złośliwość oddać hołd gwieździe wieczoru. Słowo klucz: inteligentną. W USA roast to koronkowa robota. To szermierka słowna, gdzie cios boli, ale technika zadania tego ciosu budzi podziw.
W Polsce? W Polsce roast to naparzanie sztachetą po nerkach.
Nasi domorośli komicy (i celebryci z łapanki) uznali, że roast polega po prostu na tym, żeby kogoś obrazić. Najlepiej wulgarnie. Najlepiej po wyglądzie.
„Ty jesteś gruby”, „ty jesteś brzydka”, „twoja stara to…”, „ciągnęłaś lachę…” – brzmi znajomo? To nie są żarty. To są teksty, które słyszy się pod sklepem nocnym o 3 nad ranem, gdy kończy się tanie wino. Gdzie tu puenta? Gdzie tu setup i payoff? Nie ma. Jest tylko bluzg. A publiczność rechocze, bo padło słowo na „k” i ktoś powiedział, że ktoś inny jest puszczalski. Himalaje humoru.
Kolejny grzech główny: warsztat. A raczej jego brak. Oglądaliście kiedyś Comedy Central Roast w wersji amerykańskiej? Tam ludzie wychodzą i mówią. Mają kontakt z publicznością, mają timing, panują nad sceną.
W Polsce standardem jest wyjście z pogniecioną kartką A4 i czytanie. Dukaniem. Bez interpunkcji, bez intonacji, z wzrokiem wbitym w papier, jak uczeń wezwany do tablicy, który nie odrobił zadania domowego.
To zabija każdą komedię. Roast to dynamika, to reakcja. A u nas wygląda to jak stypa, na której ktoś odczytuje testament nielubianego krewnego. Jeśli „komik” musi czytać z kartki, że jego kolega jest alkoholikiem, to znaczy, że nie jest komikiem. Jest lektorem żenady.
W USA roastuje się Justina Biebera, Donalda Trumpa, Pamelę Anderson. Ikony. Ludzi, których każdy zna, każdy ma o nich zdanie i każdy zna ich wpadki. Jest materiał do żartów.
W Polsce roastuje się ludzi, których trzeba googlować w trakcie oglądania.
– „A teraz przywitajcie wielką gwiazdę, youtubera, który raz zjadł ostry sos na wizji!”
– „Oraz aktora, który grał zwłoki w 43. odcinku Ojca Mateusza!”
Jak można celnie dopiec komuś, kto nie ma żadnej osobowości? Jak wyśmiać karierę kogoś, kto tej kariery nie ma? W efekcie żarty stają się generyczne. Można by zamienić imiona i nazwiska, a tekst pasowałby do każdego. „Jesteś nikim”, „nikt cię nie lubi”, „jesteś biedny”. To nie jest roast konkretnej osoby, to jest gotowiec ściągnięty z internetu.
Najgorsza jest jednak obrona tego ścieku. Kiedy tylko ktoś (taki jak ja teraz) ośmieli się skrytykować poziom tych występów, natychmiast pojawia się armia obrońców z okrzykiem na ustach: „Nie masz dystansu! To jest konwencja! Masz kij w dupie!”
Otóż nie. Dystans nie polega na tym, że pozwalasz, by ktoś nasrał ci na wycieraczkę i mówisz, że to performance. Dystans to umiejętność śmiania się z siebie, ale warunkiem koniecznym jest to, żeby było z czego się śmiać.
Jeśli żart jest słaby, prymitywny i źle opowiedziany, to „konwencja” go nie ratuje. Konwencja roastu nie zwalnia z myślenia. Wręcz przeciwnie – wymaga go więcej niż zwykły stand-up.
W Polsce „dystans” stał się wymówką dla chamstwa. Celebryta idzie na roast, żeby pokazać, że jest „wyluzowany”, a komicy idą tam, żeby się wyżyć. Wszyscy udają, że się świetnie bawią, a widz przed ekranem czuje to charakterystyczne swędzenie wstydu, zastanawiając się, czy to jeszcze kultura, czy już patostream.
Polski roast to smutny obraz naszej popkultury. To dowód na to, że wciąż jesteśmy zakompleksieni. Chcemy być jak Ameryka, ale bierzemy z niej tylko formę, zapominając o treści. Wydaje nam się, że jak będziemy kląć i obrażać, to będziemy nowocześni i bezkompromisowi. A jesteśmy tylko smutni i wulgarni.
Zamiast inteligentnej satyry dostajemy seans nienawiści, w którym jedynym zwycięzcą jest ten, kto najgłośniej krzyknie „k**wa”. Jeśli to ma być szczyt polskiej komedii, to ja poproszę o bilet powrotny do czasów, gdy śmialiśmy się z kabaretów. Tam przynajmniej żenada nie udawała elitarnego klubu dla wtajemniczonych.
Roast w Polsce nie parzy ogniem piekielnym. On parzy wstydem. I śmierdzi tanim piwem wylanym na brudną podłogę.