#image_title

ProkuraTOUR’a – czyli jak Rafał Pacześ sprzedał nam dwugodzinną wycieczkę do rynsztoka

Kiedy największy polski stand-uper zapomniał, że „bezkompromisowy” to nie to samo co „bez pomysłu”.

Netflix właśnie dostał swój polski fenomen – ProkuraTOUR’a Rafała Paczesia pobił Stranger Things w polskim TOP 10. Zadziwiające. Polak pokonał Amerykanów. Nareszcie możemy być dumni. Szkoda tylko, że wygraliśmy zawody w tym, kto szybciej ześliźnie się po równi pochyłej jakości.

Dwie godziny. 120 minut. 7200 sekund nieocenzurowanego Paczesia. Brzmi jak obietnica? To raczej ostrzeżenie.

Format 360° – innowacja czy desperacja?

Pacześ obraca się w kółko na scenie w formacie 360 stopni, co ma być „pierwszym takim wydarzeniem w Polsce”. Gratulacje, Rafał – wynalazłeś koło. Dosłownie. Bo gdy kręcisz się w miejscu przez dwie godziny, opowiadając o swoich podnieceniach, to nie jest to angażująca (immersyjna) innowacja. To jest zawrót głowy dla widzów i zawrót pomysłów dla samego komika.

Publiczność otacza cię ze wszystkich stron? Świetnie, więc z każdej strony widzą tego samego zmęczonego, spoconego Paczesia, który gubił się, do kogo wcześniej mówił. Recenzenci z Gdańska skarżyli się, że „nie wiedział na scenie 360° do kogo wcześniej mówił”. To nie jest zaangażowanie – to dezorientacja przestrzenna artysty, który przepłacił za scenografię.

Wulgarność to nowa błyskotliwość (The new clever)

Polski stand-up ma problem z wulgarnością odkąd istnieje, ale Pacześ w ProkuraTOUR’a poszedł na całość – i wylądował w rynsztoku. Opinie widzów mówią same za siebie:

  • „Non stop mowa w prostackim wydaniu o jego podniecaniu seksualnym”
  • „Więcej momentów zażenowania (cringe’u), niż mogłam się pośmiać”
  • „Żarty na poziomie 15-latków”
  • „Jest zdecydowana różnica między dobrym żartem a prostactwem”

Kiedyś Pacześ potrafił opowiadać zwykłe historie w zabawny sposób. Teraz opowiada wulgarne historie w sposób… wulgarny. To już nie jest punkt zwrotny (twist) – to jest brak punktu zwrotnego. Kiedy cały występ kręci się wokół seksu, podniecenia i fizjologii, to nie jest „bezkompromisowy” stand-up. To jest wujek na weselu, który wypił o trzy piwa za dużo.

Od „Puder do cery zimnej” do pudru z pustych obietnic

Pacześ był kiedyś świeży. Inteligentny. Jego stare występy jak „Puder do cery zimnej” to były opowieści z życia, które każdy rozumiał, w które się wczuwał. Miały one niespodziankę (twist), puentę, strukturę.

ProkuraTOUR’a? To jest stand-up dla kogoś, kto uważa, że liczba przekleństw jest proporcjonalna do jakości żartu. Ujawnienie (Spoiler): nie jest.

Jeden z widzów na Filmwebie ujął to idealnie: „Z kumpla-handlowca który jest w stanie sprzedać nam wszystko i wszystko załatwić stał się zarówno nudnym nowobogackim który nie ma do powiedzenia nic ciekawego, raczej budzi zażenowanie jak i żenującym (cringowym) wujkiem z wesela którego kiedyś sam wyśmiewał.”

To jest esencja problemu – Pacześ stał się tym, co kiedyś wyśmiewał.

Sukces liczony w bilansie, nie w śmiechu

Wyprzedane hale, Numer 1 na Netflixie, miliony wyświetleń. Matematyka się zgadza. Tylko że liczby nie mówią o jakości – mówią o marketingu i rozpoznawalności marki. Ludzie kupili bilet, bo to „Pacześ”. Obejrzeli na Netflixie, bo to „najsłynniejszy polski stand-uper”.

Ale po seansie? Ocena 1,5/10 na Filmwebie. Komentarze w stylu „heroizm, bo męka była olbrzymia” i „może 3 razy się zaśmiałem”.

To nie jest sukces – to jest bańka. Pacześ sprzedaje teraz nazwisko, nie występy. A gdy nazwisko jest większe od materiału, kończy się tak jak tutaj: ludzie wychodzą rozczarowani, że zapłacili za legendę, a dostali echo przeszłości.

Stand-uper się kończy, gdy staje się celebrytą

Pacześ już nie jest stand-uperem – jest marką. Restaurator, autor książek, twórca „Czarnej Wołgi”, prezenter „Pacześ Show”. To wszystko fajne rzeczy. Naprawdę. Ale kiedy robisz wszystko, przestajesz robić cokolwiek dobrze.

Stand-up wymaga autentyczności. Wymaga bycia na dole, obserwowania życia, czerpania z codzienności. Gdy żyjesz już „wyższym standardem życia i większą zasobnością portfela” (jak zauważył jeden z widzów), tracisz ten kontakt. Twoje problemy przestają być problemami ludzi. Twoje obserwacje stają się abstrakcyjne.

I wtedy zostaje ci tylko jedna strategia: wulgaryzmy. Bo gdy nie masz już o czym mówić, zawsze możesz powiedzieć to głośniej i brzydziej.

Refleksje nad kondycją polskiego stand-upu? Serio?

W ProkuraTOUR’a podobno są „refleksje nad kondycją polskiego stand-upu”. Ironia jest tak gruba, że można by nią udusić słonia.

Pacześ zastanawia się, czy polski stand-up jest zbyt wulgarny… w programie, który jest ZBYT WULGARNY. To jest jak palacz mówiący o szkodliwości palenia podczas zaciągania się papierosem.

Polski stand-up ma problem. Ale nie jest nim brak wulgaryzmów – jest ich stanowczo za dużo. Problem polega na tym, że komicy zapomnieli, że „ostry język” ma wspierać żart, a nie go zastępować. Że wartość szoku to narzędzie, nie strategia. Że kontrowersja bez kontekstu to tylko hałas.

Podsumowanie: Dwa razy przemyśl, zanim klikniesz Odtwórz

ProkuraTOUR’a to nie jest zły program, bo jest wulgarny. Jest zły, bo za wulgarnością nie kryje się już nic ciekawego. To jest jak jedzenie samego sosu bez dania – na początku ostre, potem mdłe, na końcu po prostu za dużo.

Pacześ był pionierem. Był najlepszy. Był tym, do którego wszyscy aspirowali.

Teraz jest zmęczonym komikiem, który powtarzał ten sam numer od lat, a publiczność w końcu zaczęła to zauważać. Bo można sprzedać hale na sławie. Ale nie da się sprzedać jakości, której już nie ma.

Netflix dostał swój polski fenomen oglądalności. Ale czy dostał dobry stand-up?

Widzowie odpowiedzieli: 1,5/10.

I szczerze? Trudno się z nimi nie zgodzić.

Previous Post

Ruskie tłoki i Grzybowska. Jak piractwo zbudowało polski gaming

Next Post

Chłop przebrał się za babę i myśli, że jest Bogiem. Dlaczego polski kabaret to zbrodnia na naszym intelekcie?