Wiadomość, która nadeszła wczorajszego, upalnego popołudnia, 21 sierpnia, zmroziła serca milionów Polaków. Odszedł Stanisław Sojka. Odszedł jeden z najbardziej autentycznych, charyzmatycznych i wszechstronnych głosów polskiej sceny muzycznej. Zmarł w Sopocie, mieście, które niegdyś nagrodziło go Bursztynowym Słowikiem, jakby symbolicznie zamykając pewną epokę w historii polskiej piosenki. Miał 66 lat. Pozostawił po sobie dźwięki, które nie zamilkną – nuty przepełnione jazzem, soulem, poezją i, co najważniejsze, prawdą.
Trudno pisać o Nim w czasie przeszłym. Stanisław Sojka był bowiem zjawiskiem. Nie artystą, który pojawia się i znika w blasku fleszy, ale stałą, pewną obecnością. “Zwierzę muzyczne”, jak o nim mówiono, bo muzyka była jego naturalnym środowiskiem, językiem, którym posługiwał się z niebywałą swobodą i głębią. Wystarczyło kilka pierwszych taktów, jeden charakterystyczny zaśpiew, by wiedzieć – to On. Ten lekko chropowaty, ciepły, nasycony emocjami głos, który potrafił być jednocześnie delikatnym szeptem i potężnym krzykiem.
“Moją ambicją i pragnieniem jest, by mój śpiew, moje pieśni dodawały otuchy, podnosiły na duchu tych, którzy przychodzą mnie słuchać. Chcę, by wychodzili z koncertu pogodni i umocnieni”
– powiedział kiedyś. I to nie były puste słowa. To była misja, którą realizował z żelazną konsekwencją przez blisko pół wieku.
Chłopak z Żor, który niósł w sobie cały świat
Urodził się 26 kwietnia 1959 roku w Żorach, jak sam po latach z uśmiechem wspominał – “niejako po drodze”, gdy jego mama jechała ze swojej rodzinnej Wisły Małej do szpitala. Choć wychował się w Gliwicach, ten śląski rodowód na zawsze pozostał częścią jego tożsamości. Solidność, pracowitość i głębokie, niemal mistyczne przywiązanie do korzeni.
Muzyka była w nim od zawsze. Już jako siedmiolatek śpiewał w chórze kościelnym u boku ojca. W wieku 14 lat został organistą. To tam, wśród kościelnych murów, nauczył się harmonii, dyscypliny i szacunku do dźwięku. To doświadczenie ukształtowało jego duchowość, która tak mocno wybrzmiewa w jego najsłynniejszym chyba utworze – “Tolerancja”. W czasach, gdy słowo to odmieniano przez wszystkie przypadki, często bez zrozumienia, Sojka napisał hymn o uniwersalnym przesłaniu, prosty i genialny w swojej mądrości:
Na miły Bóg,
Życie nie tylko po to jest, by brać,
Życie nie po to, by bezczynnie trwać,
I aby żyć, siebie samego trzeba dać.
Formalną edukację muzyczną odebrał w liceum muzycznym w klasie skrzypiec, a następnie na Wydziale Aranżacji i Kompozycji Akademii Muzycznej w Katowicach. Ale jego prawdziwą szkołą była scena i nienasycona ciekawość. Chłonął wszystko – od gospel i bluesa Raya Charlesa, przez jazzowe standardy Duke’a Ellingtona, po liryzm Beatlesów. Już wtedy koledzy nazywali go “złotym dzieckiem”, a on sam, z typową dla siebie przekorą, już na studiach wykonywał utwory zakazane przez władze.
Od jazzowego objawienia do barda narodu
Jego oficjalny debiut w listopadzie 1978 roku w Filharmonii Narodowej był jak wybuch supernowej. Młody, nieznany artysta zagrał recital muzyki bluesowej i gospel, porywając publiczność i krytyków. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Złota płyta za jazzowy album “Blublula” (1981), która w tamtych czasach oznaczała sprzedaż stu tysięcy egzemplarzy, zwycięstwa w ankietach magazynu “Jazz Forum”, status “najlepiej strzeżonego sekretu polskiej muzyki”, który szybko przestał być sekretem.
Sojka nigdy nie dał się zamknąć w jednej szufladzie. Gdy wydawało się, że jest już na stałe przypisany do jazzu, nagrywał albumy, które stawały się przebojami trafiającymi pod strzechy. Płyta “Acoustic” (1991), a zwłaszcza utwór “Cud niepamięci”, uczyniły z niego gwiazdę pierwszej wielkości. Ale nawet w swoich najbardziej popowych wcieleniach nigdy nie zdradził swojej artystycznej wrażliwości. Jego muzyka zawsze była szlachetna, oparta na doskonałym warsztacie i głębokim przekazie.
“Chcę być, patrzeć, rozmawiać i mam wrażenie, że jak zasnę, to już koniec” – mówił w jednym z wywiadów, tłumacząc swoją niechęć do snu. Ta zachłanność na życie była widoczna w jego twórczości. Był nie tylko wokalistą, ale i pianistą, skrzypkiem, gitarzystą, kompozytorem i aranżerem.
Słowo, które stawało się ciałem
Osobnym, niezwykle ważnym rozdziałem jego artystycznego życia była miłość do poezji. Sojka miał niezwykły dar – potrafił “usłyszeć” muzykę w słowach największych poetów i przełożyć ją na język nut, nie tracąc przy tym nic z pierwotnego sensu, a wręcz go pogłębiając.
Jego album “Stanisław Sojka śpiewa sonety Szekspira” to absolutny ewenement i arcydzieło. Zmierzył się z genialnym tekstem, śpiewając go w oryginale, i stworzył muzykę, która wydaje się nierozerwalnie z nim zrośnięta. To nie było zwykłe “ubranie wiersza w muzykę”. To była głęboka, medytacyjna interpretacja, która otworzyła Szekspira dla zupełnie nowej publiczności.
Pochylał się z równą uwagą nad twórczością Czesława Miłosza, Bolesława Leśmiana, Zbigniewa Herberta czy Agnieszki Osieckiej. W jego ustach ich wiersze nabierały nowego życia, stawały się osobistymi, przejmującymi pieśniami. Pokazał milionom, że poezja nie jest zakurzonym reliktem, ale żywą materią, która może poruszać, inspirować i pocieszać.
Człowiek z zasadami, ojciec z pasją
W świecie, który coraz bardziej cenił blichtr i powierzchowność, Sojka pozostawał wierny sobie. Gdy mówił o pieniądzach i sławie, robił to z charakterystycznym dla siebie dystansem: “Pieniądze, ach, pieniądze, wielkie, wielkie żądze, kariera, sława, blaski, oklaski, ach oklaski – to są tylko obrazki”. Prawdziwe życie było gdzie indziej.
Było w rodzinie. Z dumą opowiadał o swoich synach, z których część poszła w jego muzyczne ślady, tworząc z nim na scenie niezwykłą, rodzinną orkiestrę. “Kiedy przyjeżdżamy na koncert, kończą się relacje tata-synowie. Obowiązuje pełna koncentracja” – mówił jego syn Antoni, co najlepiej świadczyło o profesjonalizmie, jakiego wymagał od siebie i od innych. Kiedyś, żaląc się w samolocie, że ma za mało czasu dla dzieci, usłyszał mądrą radę: “trzeba ilość przekuć w jakość”. Wziął to sobie do serca i tę jakość słychać było w jego muzyce i czuć w jego obecności.
Stanisław Sojka odszedł, ale jego muzyka została. Zostawił po sobie dyskografię liczącą kilkadziesiąt albumów, z których każdy jest osobną opowieścią. Zostawił frazy, które weszły do potocznego języka i stały się drogowskazami dla wielu. Zostawił wspomnienie człowieka, który udowodnił, że można tworzyć sztukę na najwyższym poziomie, nie tracąc przy tym kontaktu z publicznością i z samym sobą.
“I aby żyć, siebie samego trzeba dać”.
On dał nam siebie w całości. I za to będziemy mu na zawsze wdzięczni.
