Wchodzisz do kina. Patrzysz na plakat. Białe tło. Czerwone literki. Tomasz Karolak w dziwnej czapce robi głupią minę, Piotrek Adamczyk rozkłada bezradnie ręce, a Małgosia Socha uśmiecha się szeroko, jakby właśnie dostała przelew za udział w reklamie szamponu. Nie musisz czytać tytułu. Nie musisz czytać opisu. Już wiesz. To kolejna odsłona „Tego Samego Filmu”, który polscy producenci kręcą w pętli od 15 lat, zmieniając tylko imiona bohaterów i markę parówek w lokowaniu produktu.
Polska komedia romantyczna to nie jest gatunek filmowy. To stan umysłu. To alternatywna rzeczywistość, w której w Warszawie zawsze świeci słońce, wszyscy mieszkają w apartamentach na Złotej 44, a największym życiowym problemem jest to, czy wybrać przystojnego architekta, czy przystojnego właściciela agencji reklamowej.
Uniwersum Wiecznej Wiosny i Szklanych Domów
Zacznijmy od scenografii. Polska w tych filmach to kraj, który nie istnieje. To „TVN-land”.
W tym świecie nie ma blokowisk z wielkiej płyty, nie ma dziurawych chodników, nie ma smogu i nie ma ludzi zarabiających najniższą krajową. Wszyscy bohaterowie, nawet jeśli scenariusz twierdzi, że są „biedni”, mieszkają w stumetrowych loftach z widokiem na Pałac Kultury. Ich kuchnie wyglądają jak wystawa w Ikei, a w lodówce zawsze stoi równo ustawiony rząd soków (oczywiście konkretnej marki, zwróconej logiem do kamery).
Bohaterka nigdy nie jest kasjerką w Biedronce (chyba że to punkt wyjścia do historii o Kopciuszku, ale wtedy kasjerka wygląda jak modelka Victoria’s Secret w fartuszku). Zazwyczaj jest „młodszą asystentką designera krajobrazu” albo „niezależną blogerką kulinarną”. I z tej pensji stać ją na latte za 25 złotych, które pije pięć razy dziennie, biegając w szpilkach po Moście Świętokrzyskim.
To jest pornografia luksusu dla ubogich. Oglądamy to, żeby przez 90 minut udawać, że Polska to Manhattan, tylko z tańszymi jabłkami.
Karuzela Tych Samych Twarzy
Obsada. To jest temat na osobne śledztwo prokuratorskie. Czy w Polsce jest zakaz zatrudniania nowych aktorów? Czy istnieje jakaś tajna ustawa, która nakazuje, by w każdej komedii romantycznej musiał zagrać ktoś z „świętej trójcy”: Karolak, Szyc, Adamczyk?
Oglądanie tych filmów to zabawa w „znajdź różnicę”. Aktorzy nawet nie próbują grać nowych postaci. Oni grają samych siebie. Karolak zawsze jest tym „wyluzowanym, trochę chamskim, ale o złotym sercu”. Adamczyk zawsze jest „nieporadnym romantykiem w okularach”. Szyc zawsze jest „cynicznym lovelasem, który przejdzie przemianę”.
To jest recykling na skalę przemysłową. Widz nie ma szans uwierzyć w postać, bo widzi tylko celebrytę, który w przerwie między ujęciami nagrywał reklamy sieci komórkowej. Nie ma chemii, nie ma emocji. Jest tylko kontrakt do wypełnienia.
Scenariusz z Generatora Klisz
Fabuła? Proszę bardzo, streszczę wam każdy polski rom-com powstały po 2010 roku:
- Ona: Zapracowana singielka z wielkiego miasta, która „nie ma czasu na miłość”.
- On: Gburowaty, ale przystojny sukcesu-man LUB wrażliwy artysta/weterynarz.
- Spotkanie: Wpadają na siebie, rozsypując dokumenty/kawę/pomarańcze. Ona go nienawidzi.
- Montaż muzyczny: Przez 3 minuty leci piosenka Sanah albo Podsiadły, a oni chodzą po Łazienkach Królewskich.
- Wielki Konflikt: Wychodzi na jaw Kłamstwo (np. on założył się z kolegami, że ją poderwie). Płacz w deszczu.
- Finał: Bieg na lotnisko / Bieg na dworzec / Bieg na Most. Wyznanie miłości. Pocałunek. Napisy końcowe.
Tu nie ma miejsca na zaskoczenie. Dialogi są tak drętwe, że bolą zęby. Ludzie nie rozmawiają tak w prawdziwym życiu. Ludzie w tych filmach wygłaszają deklaracje.
– „Zrozumiałam, że kariera to nie wszystko, liczy się tylko bicie twojego serca, Marku!”
Kto tak mówi?! Chyba tylko androidy zaprojektowane przez kogoś, kto o miłości uczył się z cytatów na Pinterest.
Lokowanie Produktu jako Główny Bohater
Najbardziej bezczelne jest jednak to, że te filmy to wcale nie są filmy. To są dwugodzinne bloki reklamowe przerywane scenami pocałunków.
Kamera „przypadkiem” zatrzymuje się na 5 sekund na logo banku w aplikacji. Bohaterowie rozmawiają o uczuciach, jedząc bardzo konkretne parówki i zachwalając ich skład. Samochód zawsze lśni i zawsze widać znaczek na masce.
To upokarzające dla widza. Płacisz za bilet, żeby obejrzeć reklamę biżuterii, udającą fabułę. Scenariusz jest pisany pod produkty, nie pod historię. Jeśli sponsoruje producent farb, to nagle główna bohaterka postanawia przemalować mieszkanie w środku nocy. Logika? Nieważna. Faktura musi się zgadzać.
Lobotomia z cukrem pudrem
Dlaczego więc to oglądamy? Dlaczego „Listy do M. 8” znowu rozbiją bank?
Bo jesteśmy zmęczeni. Bo polska rzeczywistość jest szara, brudna i stresująca. Te filmy to wizualny Xanax. Dają nam ułudę, że wszystko zawsze kończy się dobrze, że miłość czeka za rogiem (razem z nowym Oplem), a pieniądze spadają z nieba.
Ale to jest fast food. Smakuje słodko przez chwilę, a potem zostawia nas z poczuciem pustki i niestrawnością. Polskie komedie romantyczne oduczyły nas wymagania od kina czegokolwiek. Zabiły ambicję. Wmówiły nam, że szczytem kultury jest to, jak facet przewraca się na skórce od banana, a kobieta piszczy, bo złamała obcas.
To nie jest „lekkie kino”. To jest paździerz owinięty w złotko. I dopóki będziemy za to płacić, dopóty Karolak będzie zakładał ten sam szalik i udawał, że jest śmiesznie. A nie jest. Jest smutno.