Kocham mojego ojca. To facet, który nauczył mnie jeździć na rowerze, wiązać krawat i wbijać gwoździe. Jest dla mnie wzorem pracowitości i honoru. Ale za każdym razem, gdy próbuję z nim rozmawiać o problemach współczesnego trzydziestolatka, czuję, jakbyśmy nadawali na kompletnie innych częstotliwościach.
On patrzy na mnie z troską i z absolutną pewnością siebie serwuje mi “złotą radę”. Radę, która w jego świecie, 30 czy 40 lat temu, była sensem życia. A w moim świecie brzmi jak porada, żeby na pożar lasu zabrać gaśnicę proszkową. Doceniam gest, ale to po prostu nie ta skala problemu.
To nie jest jego wina. On i jego pokolenie budowali swoje życie na zupełnie innym fundamencie. My budujemy na ruchomych piaskach. I oto kilka rad, które słyszymy, a które kompletnie nie przystają do naszej rzeczywistości.
Rada nr 1: “Znajdź dobrą, stabilną pracę i siedź w niej do emerytury”
W świecie naszych ojców praca w jednym zakładzie przez 40 lat była szczytem marzeń. Gwarantowała bezpieczeństwo, status i poczucie przynależności. Lojalność była cnotą, a częsta zmiana pracy – oznaką niestabilności i fanaberii.
Dzisiaj? Lojalność wobec jednej firmy to najprostsza droga do finansowej stagnacji. Największe podwyżki dostaje się, zmieniając pracodawcę co 2-3 lata. Nasz rynek pracy to nie jest solidny etat, a raczej seria “projektów”. Budujemy markę osobistą, zbieramy skille, działamy w “gig economy”. Stabilizacja, o której mówią ojcowie, dla nas często oznacza brak rozwoju. Kiedy on mówi “bezpieczeństwo”, my słyszymy “nuda i marne pieniądze”.
Rada nr 2: “Po co wynajmujesz? Weź kredyt, kup mieszkanie. Na swoim to na swoim”
Dla pokolenia naszych rodziców własne mieszkanie było kamieniem węgielnym dorosłości. Często dostawali je od państwa, od zakładu pracy, albo kupowali za pieniądze, które dziś wydają się śmiesznie małe. “Własne M” było oczywistym, osiągalnym celem.
Dziś dla wielu z nas jest to abstrakcja. Ceny nieruchomości w miastach odleciały w kosmos. Kredyt na 30 lat z ratą pożerającą połowę pensji nie brzmi jak “bycie na swoim”. Brzmi jak dobrowolne niewolnictwo na rzecz banku. Wolimy elastyczność wynajmu, która pozwala nam przenieść się za lepszą pracą, niż przykuwać się do jednego miejsca na resztę życia. Kiedy on mówi “inwestycja”, my słyszymy “pętla na szyi”.
Rada nr 3: “Bądź facetem. Nie marudź, tylko weź się w garść”
To chyba najtrudniejsza rada ze wszystkich, bo wypowiadana z największej miłości i troski. Nasi ojcowie byli uczeni, że mężczyzna ma być twardy. Ma zacisnąć zęby, znieść ból i iść dalej. Okazywanie emocji, mówienie o lękach czy niepewności było niemęskie.
My żyjemy w świecie, w którym wiemy, czym jest wypalenie zawodowe, stany lękowe i depresja. Wiemy, że “branie się w garść” to najgorsza możliwa rada, bo prowadzi do tłumienia problemów, które potem wybuchają ze zdwojoną siłą. Uczymy się, że prawdziwą siłą jest świadomość własnych słabości. Że pójście na terapię to nie wstyd, a akt odwagi i dbania o siebie – tak samo jak pójście na siłownię. Kiedy on mówi “bądź silny”, my rozumiemy to inaczej. Dla niego siła to wytrzymałość. Dla nas – elastyczność.
Jak to wszystko pogodzić?
Nie chodzi o to, żeby kłócić się z ojcem i udowadniać mu, że nie ma racji. Chodzi o to, żeby zostać tłumaczem. Musimy nauczyć się tłumaczyć język “ojcowski” na nasz.
“Znajdź stabilną pracę” tak naprawdę znaczy: “Synu, chcę, żebyś był bezpieczny i miał za co żyć”.
“Kup mieszkanie” znaczy: “Myśl o przyszłości, buduj swój majątek”.
“Bądź facetem” znaczy: “Chcę, żebyś był odporny i poradził sobie z życiowymi trudnościami”.
Wartości, które stoją za tymi radami, są ponadczasowe: odpowiedzialność, bezpieczeństwo, siła. Zmieniły się tylko narzędzia i metody ich realizacji.
Nasi ojcowie dali nam najlepsze mapy, jakie mieli. Tyle że prowadzą one po świecie, który już nie istnieje. Naszym zadaniem jest narysowanie własnych, szanując jednocześnie tych, którzy jako pierwsi pokazali nam, w którą stronę jest północ.