Mieszkanie za milion: Dlaczego młodzi Polacy nigdy nie kupią własnego M

Avatar photoPiotr OlszewskiViral5 months ago79 Views

Statystyczny 30-latek zarabiający średnią krajową potrzebowałby 137 lat oszczędzania, żeby kupić mieszkanie w Warszawie – gdyby nie musiał jeść, mieszkać i żyć.

Maja ma 32 lata, pracuje jako project manager w międzynarodowej korporacji, zarabia 12 tysięcy złotych brutto. Jej partner Michał, programista, zarabia 18 tysięcy. Razem, według polskich standardów, to zamożna para z wielkiego miasta. Mieszkają w wynajmowanym dwupokojowym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie, za które płacą 4500 złotych miesięcznie plus opłaty. Od pięciu lat odkładają na własne mieszkanie. W tym czasie ceny mieszkań wzrosły bardziej niż ich oszczędności.

“Kiedy zaczynaliśmy odkładać w 2019 roku, mieszkanie, które chcieliśmy kupić, kosztowało 650 tysięcy. Teraz to samo mieszkanie kosztuje 1,2 miliona” – mówi Maja, przeglądając oferty na portalu ogłoszeniowym. “Nasze oszczędności wzrosły o 200 tysięcy. Ceny o 550 tysięcy. To jak wyścig, w którym meta ucieka szybciej, niż możesz biec.”

Maja i Michał to nie wyjątek, to norma. Według danych Eurostatu, aż 48,8% Polaków w wieku 25-34 lata mieszka z rodzicami. To jeden z najwyższych wskaźników w Europie. Dla porównania, w Danii to 3,2%, w Finlandii 4,7%, w Niemczech 17,3%. Nawet w biedniejszej od nas Rumunii tylko 35% młodych mieszka z rodzicami.

Ci, którzy się wyprowadzili, najczęściej wynajmują. I będą wynajmować do końca życia, bo matematyka jest brutalna: średnia cena metra kwadratowego w Warszawie to już ponad 20 tysięcy złotych. Średnie 50-metrowe mieszkanie kosztuje milion. Milion złotych. Tyle, ile większość Polaków nie zarobi przez całe życie.

Polska – europejski lider niedostępności

Według raportu Deloitte “Property Index 2024”, Polska jest na niechlubnym podium Europy pod względem niedostępności mieszkań. Przeciętny Polak musi pracować 11,7 roku, żeby kupić standardowe 70-metrowe mieszkanie. To przy założeniu, że całą pensję odkłada na mieszkanie, nie jedząc, nie płacąc rachunków, nie żyjąc.

Dla porównania: w Belgii to 5,8 roku, w Niemczech 8,3 roku, w Hiszpanii 9,1 roku. Nawet w bogatszej Austrii to “tylko” 10,4 roku. Gorzej niż w Polsce jest tylko w Czechach (13,3 roku), na Słowacji (13,4 roku) i w Serbii (18,3 roku).

Ale to średnie dla całego kraju. W Warszawie sytuacja jest dramatyczna. Średnia cena metra kwadratowego przekroczyła już 20 tysięcy złotych. W popularnych dzielnicach jak Mokotów czy Wilanów ceny sięgają 25-30 tysięcy. Na Żoliborzu czy w Śródmieściu można zapłacić nawet 35 tysięcy za metr.

Kraków niewiele ustępuje stolicy – 18-19 tysięcy za metr to norma. Wrocław, Gdańsk, Poznań – wszędzie ceny przekraczają 15 tysięcy. Nawet w mniejszych miastach wojewódzkich trudno znaleźć nowe mieszkanie poniżej 10 tysięcy za metr.

“To nie jest bańka, która pęknie” – mówi profesor Jacek Łaszek, ekonomista specjalizujący się w rynku nieruchomości. “To strukturalny problem. Mamy za mało mieszkań, za dużo chętnych i za tanie pieniądze przez ostatnie lata. Plus napływ kapitału inwestycyjnego, który traktuje mieszkania jak lokatę.”

Dlaczego jest tak drogo – anatomia kryzysu

Problem pierwszy: Nie budujemy wystarczająco dużo

Polska ma jeden z najniższych w Europie wskaźników liczby mieszkań na 1000 mieszkańców – około 390. Dla porównania, w Niemczech to 510, we Francji 540, w Portugalii 580. Deficyt mieszkaniowy w Polsce szacuje się na 2-2,5 miliona lokali.

W 2023 roku oddano do użytku 220 tysięcy mieszkań. Brzmi imponująco? To złudzenie. Po pierwsze, część z nich to domy jednorodzinne, które nie rozwiązują problemu w miastach. Po drugie, przy obecnym deficycie potrzebowalibyśmy budować 300-400 tysięcy mieszkań rocznie przez dekadę, żeby dogonić Europę.

“Deweloperzy budują tyle, ile mogą sprzedać z zyskiem” – wyjaśnia Joanna Erbel, socjolożka miejska z Uniwersytetu Warszawskiego. “Nie ma żadnego mechanizmu, który zmuszałby ich do budowania więcej i taniej. Wręcz przeciwnie – im mniej mieszkań na rynku, tym wyższe ceny, tym większe marże.”

Problem drugi: Ziemia jest za droga

W Warszawie cena ziemi pod zabudowę wielorodzinną to często 30-40% kosztów inwestycji. Miasto sprzedaje działki po rekordowych cenach, bo potrzebuje pieniędzy do budżetu. Prywatni właściciele działek czekają latami na najlepszą cenę, bo grunt nie psuje się na magazynie.

“Kiedyś Warszawa mogła prowadzić aktywną politykę gruntową” – mówi były wiceprezydent miasta. “Dziś ma związane ręce. Roszczenia reprywatyzacyjne, spec-ustawy, presja deweloperów. Miasto nie ma gruntów, a te które ma, musi sprzedawać po cenach rynkowych.”

W innych krajach miasta prowadzą aktywną politykę gruntową. Wiedeń ma bank ziemi, Hamburg wykupuje grunty z prawem pierwokupu, Amsterdam nie sprzedaje ziemi, tylko dzierżawi. W Polsce miasta są bezradne.

Problem trzeci: Koszty budowy rosną jak szalone

Od 2019 roku koszty budowy wzrosły o ponad 60%. Materiały budowlane podrożały średnio o 40-50%, ale niektóre pozycje jak stal czy izolacje termiczne podrożały o 100% i więcej. Robocizna podrożała o 70-80%. Ekipa budowlana, która w 2019 roku kosztowała 50 złotych za godzinę, dziś kosztuje 90-100 złotych.

“Brakuje rąk do pracy” – mówi Piotr, prowadzący firmę budowlaną. “Młodzi nie chcą pracować na budowie. Ukraińcy, którzy ratowali polski rynek, część wyjechała do Niemiec, część poszła do wojska. Teraz muszę płacić tyle, żeby utrzymać ekipę, że ledwo wychodzę na swoje.”

Pandemia COVID-19 rozchwiała łańcuchy dostaw. Wojna w Ukrainie podniosła ceny energii i surowców. Inflacja zjadła marże. Deweloperzy przerzucają wszystkie koszty na kupujących. I będą przerzucać, bo popyt wciąż przewyższa podaż.

Problem czwarty: Tanie pieniądze napędziły popyt

Przez lata rekordowo niskich stóp procentowych kredyt hipoteczny był tani jak nigdy. W 2021 roku można było wziąć kredyt z oprocentowaniem 2-3%. Przy inflacji wynoszącej 5-6% bank praktycznie dopłacał do kredytu. Ludzie rzucili się na mieszkania jak na promocję w markecie.

“To był szał” – wspomina Tomasz, pośrednik nieruchomości z Krakowa. “Mieszkania sprzedawały się w dzień. Ludzie podpisywali umowy bez oglądania, bo bali się, że ktoś im zabierze. Licytacje cenowe były normą. Deweloperzy podnosili ceny co tydzień.”

Potem przyszło zderzenie z rzeczywistością. Stopy procentowe wystrzeliły w górę. Rata kredytu wzrosła często o 100%. Ci, którzy kupili na szczycie, są uwięzieni w mieszkaniach wartych mniej niż kredyt. Ci, którzy nie kupili, patrzą teraz na ceny i raty, które są poza ich zasięgiem.

Kredyt 0% – wybawienie czy przekleństwo?

Rząd ogłosił program “Mieszkanie na start” – kredyt z dopłatą do rat, faktycznie 0% przez pierwsze lata. Brzmi jak marzenie? Ekonomiści są sceptyczni.

“To dolewanie benzyny do ognia” – mówi profesor Leszek Balcerowicz. “Zwiększamy popyt bez zwiększania podaży. Efekt będzie jeden – jeszcze wyższe ceny. Skorzystają deweloperzy i ci, którzy już mają mieszkania. Stracą ci, którzy dopiero wchodzą na rynek.”

Program ma kosztować budżet 19 miliardów złotych. Za te pieniądze można by wybudować 100 tysięcy mieszkań komunalnych. Ale mieszkania komunalne nie dają wymiernych korzyści politycznych. Dopłaty do kredytów dają.

“To klasyczny program przedwyborczy” – komentuje anonimowo urzędnik z Ministerstwa Rozwoju. “Wygląda dobrze w mediach, pomaga klasie średniej, która głosuje. Że za 5 lat będziemy mieli jeszcze większy problem? Za 5 lat będzie inny rząd.”

Młodzi są podzieleni. Część widzi w programie szansę na własne mieszkanie. Część dostrzega pułapkę.

“Wezmę ten kredyt, bo inaczej nigdy nie kupię mieszkania” – mówi 28-letnia Kasia. “Wiem, że to pompuje bańkę, ale co mam zrobić? Czekać, aż ceny spadną? One nigdy nie spadną wystarczająco.”

“Nie wezmę” – odpowiada jej kolega Bartek. “To kredyt na 30 lat. Co jak za 5 lat dopłaty się skończą, a ja stracę pracę? Będę miał kredyt na milion z ratą 6 tysięcy. To finansowe samobójstwo.”

Wynajmować czy kupić – dylemat pokolenia

Anna i Paweł, małżeństwo trzydziestolatków z Wrocławia, zrobili dokładne wyliczenia. Mieszkanie, które chcą kupić, kosztuje 900 tysięcy. Wkład własny 180 tysięcy mają. Kredyt na 720 tysięcy przy obecnych stopach to rata około 5500 złotych miesięcznie.

Podobne mieszkanie mogą wynająć za 3500 złotych plus opłaty. Różnicę 2000 złotych mogą inwestować. Po 30 latach, przy założeniu 7% zwrotu rocznie z inwestycji, będą mieli ponad 2,4 miliona złotych. Mieszkanie pewnie będzie warte 2-3 miliony, ale będzie stare, wymagające remontu.

“Finansowo wynajem wychodzi lepiej” – kalkuluje Paweł. “Ale jest jeden problem – poczucie bezpieczeństwa. Właściciel może nas wyrzucić. Może podnieść czynsz. Możemy mieć dzieci i szukać nowego mieszkania z dwójką maluchów.”

To dylemat milionów młodych Polaków. Kupić za wszelką cenę i żyć na granicy ubóstwa, spłacając gigantyczną ratę? Czy wynajmować i żyć w niepewności, ale z większą swobodą finansową?

“W Niemczech czy Szwajcarii większość ludzi wynajmuje całe życie i to normalne” – mówi Ania. “Ale tam są regulacje chroniące najemców. U nas właściciel może wypowiedzieć umowę praktycznie bez powodu.”

Alternatywy, których nie ma

Mieszkania komunalne – mit czy rzeczywistość?

Warszawa ma 5% mieszkań komunalnych. Berlin 25%. Wiedeń 60%. W Warszawie na mieszkanie komunalne czeka się średnio 7-10 lat. W niektórych dzielnicach nawet 15 lat. Kryteria dochodowe są tak niskie, że klasa średnia nie ma szans.

“Paradoks polega na tym, że jak zarabiasz za mało, nie dostaniesz kredytu” – mówi Marek, który od 5 lat czeka na mieszkanie komunalne. “Jak zarabiasz wystarczająco na kredyt, zarabiasz za dużo na mieszkanie komunalne. Jest luka, w której tkwi większość młodych.”

Miasta nie budują mieszkań komunalnych, bo to kosztuje. Warszawa w 2023 roku oddała do użytku 234 mieszkania komunalne. 234! W mieście, gdzie na liście oczekujących jest ponad 5000 rodzin.

TBS – wielka nadzieja, która zawiodła

Towarzystwa Budownictwa Społecznego miały być rozwiązaniem. Mieszkania na wynajem z opcją wykupu, dostępne dla klasy średniej. Rzeczywistość? TBS-y budują rocznie 1-2 tysiące mieszkań w całej Polsce. Kropla w morzu potrzeb.

“TBS-y umarły, zanim się narodziły” – komentuje ekspert rynku nieruchomości. “Brak finansowania, brak gruntów, brak wsparcia politycznego. To był dobry pomysł, ale realizacja typowo polska – połowiczna i nieskuteczna.”

W Gdańsku TBS działa relatywnie dobrze, budując kilkaset mieszkań rocznie. Ale to wyjątek. W większości miast TBS to relikt przeszłości, budujący kilka czy kilkanaście mieszkań rocznie.

Spółdzielnie mieszkaniowe – dinozaury, które przetrwały

Kiedyś spółdzielnie budowały większość mieszkań w Polsce. Dziś to margines. Dlaczego? Bo grunt jest drogi, finansowanie trudne do zdobycia, a procedury trwają latami.

“Próbowaliśmy założyć spółdzielnię” – opowiada Tomek, architekt z Krakowa. “50 rodzin, gotowe projekty, determinacja. Po trzech latach walk z urzędnikami, bankami i przepisami się poddaliśmy. Połowa kupiła mieszkania od dewelopera, połowa dalej wynajmuje.”

Młode spółdzielnie typu co-housing, popularne na Zachodzie, w Polsce nie mogą się przebić. Przepisy są archaiczne, banki nie chcą kredytować, urzędy nie rozumieją idei. Efekt? Dalej budują głównie deweloperzy nastawieni na maksymalny zysk.

Pokoleniowy konflikt – bomba z opóźnionym zapłonem

Rodzice dzisiejszych trzydziestolatków kupowali mieszkania za równowartość 3-4 rocznych pensji. Często dostawali mieszkania zakładowe, spółdzielcze przydział, tanie kredyty. Dziś ich mieszkania są warte miliony.

“Moja mama kupiła mieszkanie w 1995 roku za 50 tysięcy złotych” – mówi z goryczą Ola. “Dziś jest warte 1,2 miliona. Zarabiała wtedy 800 złotych, mieszkanie kosztowało 60 pensji. Ja zarabiam 6 tysięcy, to samo mieszkanie kosztuje 200 moich pensji.”

To rodzi frustrację i konflikt. Starsze pokolenie nie rozumie, dlaczego młodzi “nie potrafią się dorobić”. Młodzi nie rozumieją, jak można mówić, że “kiedyś było trudniej”. Przepaść się pogłębia.

“Słucham rad mojego ojca, żeby ‘wziąć się do roboty i kupić mieszkanie’ i mam ochotę krzyczeć” – wyznaje Piotr. “On nie rozumie, że jego mieszkanie w centrum Warszawy jest dziś warte tyle, ile ja zarobię przez 30 lat. Dosłownie.”

Ekonomiści ostrzegają przed “feudalizmem mieszkaniowym”. Będą dwie kasty – właściciele odziedziczonych mieszkań i wieczni najemcy. Mobilność społeczna spadnie. Nierówności się utrwalą. To recepta na społeczną katastrofę.

Miasta kurczą się, ceny rosną – paradoks polski

Łódź straciła 200 tysięcy mieszkańców od 1989 roku. Mieszkania powinny tanieć? Wręcz przeciwnie – nowe mieszkania kosztują 10-12 tysięcy za metr. Dlaczego? Bo młodzi uciekają ze starych, zniszczonych kamienic do nowych bloków. Starych mieszkań nikt nie chce, nowych jest za mało.

Katowice, Bytom, Sosnowiec – miasta postindustrialne, które straciły dziesiątki tysięcy mieszkańców. Ceny nowych mieszkań? 10-15 tysięcy za metr. Absurd? Nie, to polska rzeczywistość.

“Mamy dwa rynki mieszkaniowe” – tłumaczy urbanista Krzysztof Nawratek. “Stary, gdzie mieszkania są tanie, ale nikt ich nie chce – brak wind, ogrzewanie węglowe, grzyb na ścianach. I nowy, gdzie każde mieszkanie z windą i balkonem kosztuje krocie. Między nimi przepaść.”

W Bytomiu można kupić mieszkanie w kamienicy za 100 tysięcy. Ale młodzi wolą wynajmować w Katowicach za 2500 miesięcznie niż kupować w Bytomiu. Bo w Bytomiu nie ma pracy, nie ma perspektyw, nie ma życia.

Co robią inni – lekcje z zagranicy

Wiedeń – socjaldemokratyczny raj

60% mieszkańców Wiednia mieszka w mieszkaniach komunalnych lub subsydiowanych. Miasto buduje tysiące mieszkań rocznie. Czynsz jest regulowany. Spekulacja ograniczona. Efekt? Wiedeń regularnie wygrywa rankingi jakości życia.

“Klucz to własność gruntów” – wyjaśnia austriacki ekspert. “Miasto ma ziemię, miasto buduje, miasto wynajmuje. Deweloperzy mogą budować, ale na zasadach miasta. To nie wolny rynek, to społeczna gospodarka rynkowa.”

Czy to możliwe w Polsce? Teoretycznie tak. Praktycznie wymagałoby rewolucji w myśleniu o mieszkalnictwie. I miliardów euro, których nie mamy.

Berlin – regulacje, które działają (czasami)

Berlin zamroził czynsze na 5 lat. Wprowadził limity podwyżek. Wykupuje mieszkania od wielkich funduszy. Nie wszystko działa idealnie – część właścicieli wycofała mieszkania z rynku. Ale młodzi Berlińczycy przynajmniej mogą wynająć mieszkanie za rozsądne pieniądze.

“To nie jest idealne rozwiązanie” – przyznaje berliński aktywista. “Ale lepsze niż dzika wolnoamerykanizacja rynku. Mieszkanie to prawo, nie towar. Miasta muszą to zrozumieć.”

W Polsce nawet minimalne regulacje rynku najmu spotykają się z wściekłością właścicieli i deweloperów. “Socjalizm!”, “Zamach na własność prywatną!” – krzyczą. Tymczasem młodzi płacą 60% pensji za wynajem pokoju.

Singapur – państwo jako deweloper

90% mieszkańców Singapuru mieszka w mieszkaniach wybudowanych przez państwo. Kupują je na 99-letnią dzierżawę po cenach znacznie niższych niż rynkowe. Spekulacja jest praktycznie niemożliwa. System działa od 60 lat.

“To nie jest komunizm” – podkreśla singapurski urzędnik. “To pragmatyzm. Stabilne mieszkalnictwo to stabilne społeczeństwo. Stabilne społeczeństwo to stabilna gospodarka. To się opłaca.”

Oczywiście, Singapur to miasto-państwo z silną władzą. W Polsce taki model jest niemożliwy. Ale elementy – państwowy deweloper, długoterminowa dzierżawa, ograniczenie spekulacji – można by adaptować.

Scenariusze na przyszłość

Scenariusz optymistyczny: Miękkie lądowanie

Rząd wprowadza kompleksową reformę mieszkalnictwa. Powstaje narodowy fundusz mieszkaniowy budujący 100 tysięcy mieszkań rocznie na wynajem z opcją wykupu. Miasta otrzymują prawo pierwokupu gruntów. Spekulacja jest opodatkowana. Pustostany obłożone karami.

Ceny stabilizują się, potem powoli spadają. Za 10 lat młody człowiek z dobrą pracą może kupić mieszkanie za 5-6 rocznych pensji. Wynajem jest bezpieczny i regulowany. Polska dogania europejskie standardy.

Szanse? Może 10%. Wymagałoby to politycznej odwagi i długoterminowego myślenia. Obu brakuje.

Scenariusz realistyczny: Japońska stagnacja

Ceny mieszkań przestają rosnąć, ale nie spadają. Inflacja zżera wartość, więc realnie mieszkania tanieją, ale nominalnie stoją w miejscu. Ci, którzy kupili na kredyt, spłacają coraz łatwiej. Ci, którzy czekają na spadki, czekają wiecznie.

Młodzi godzą się z wynajmowaniem. Powstaje kultura najmu jak w Niemczech. Państwo powoli, opornie wprowadza regulacje chroniące najemców. Za 15-20 lat sytuacja się normalizuje, ale stracone pokolenie już nie kupi mieszkań.

Szanse? Około 50%. To najprawdopodobniej polska ścieżka – półśrodki, które nie rozwiązują problemu, ale łagodzą jego skutki.

Scenariusz pesymistyczny: Krach i chaos

Bańka pęka. Może przez kryzys gospodarczy, może przez masowe bezrobocie, może przez wojnę. Ceny spadają o 30-50%. Ci, którzy kupili na kredyt, mają mieszkania warte mniej niż kredyt. Masowe wyprzedaże, bankructwa, ludzkie tragedie.

Ale nawet po krachu mieszkania nie stają się dostępne. Banki zaostrzają kryteria kredytowe. Bezrobocie rośnie. Ci, którzy mają gotówkę – głównie bogaci i zagraniczni inwestorzy – wykupują mieszkania po okazyjnych cenach. Za kilka lat cykl zaczyna się od nowa.

Szanse? 20-30%. Krachy się zdarzają, Polska nie jest odporna. Pytanie nie czy, ale kiedy.

Scenariusz czarny: Eksodus młodych

Młodzi masowo emigrują. Nie na saksy jak ich rodzice, ale na stałe. Do Niemiec, Holandii, Skandynawii. Tam, gdzie można normalnie żyć, wynająć mieszkanie, założyć rodzinę.

Polska się starzeje w ekspresowym tempie. Miasta poza Warszawą wyludniają się. Ceny mieszkań w końcu spadają, ale nie ma komu ich kupować. Polska staje się europejskim domem starców, utrzymywanym z przekazów od dzieci pracujących za granicą.

To nie fantazja. To już się dzieje. 2 miliony młodych Polaków pracuje za granicą. Wielu nie wróci. Jeśli kryzys mieszkaniowy się pogłębi, exodus przyspieszy.

Podsumowanie: Pokolenie bez miejsca

Kryzys mieszkaniowy to nie tylko problem ekonomiczny. To kryzys społeczny, demograficzny, cywilizacyjny. Kraj, w którym młodzi nie mogą sobie pozwolić na własne mieszkanie, nie ma przyszłości.

Małgorzata, 34-letnia lekarka, podsumowuje sytuację swojego pokolenia: “Moi rodzice w moim wieku mieli mieszkanie, działkę, dwójkę dzieci i samochód. Ja mam doktorat, specjalizację, 12 lat pracy za sobą i wynajmuję pokój ze współlokatorką. Nie stać mnie na dziecko, bo nie mam gdzie go wychować. To jest sukces III RP?”

Rozwiązania istnieją. Wiedeń, Singapur, nawet Berlin pokazują, że można. Ale wymaga to fundamentalnej zmiany myślenia. Mieszkanie musi przestać być towarem inwestycyjnym, a stać się prawem. Miasta muszą budować. Państwo musi regulować. Społeczeństwo musi zaakceptować, że wolny rynek w mieszkalnictwie nie działa.

Czy to się stanie? Wątpliwe. Polska polityka żyje od wyborów do wyborów. Kryzys mieszkaniowy to problem długoterminowy, wymagający działań, których efekty będą widoczne za 10-15 lat. Żaden polityk nie chce inwestować politycznego kapitału w coś, z czego będzie korzystał jego następca.

Tymczasem młodzi Polacy stoją przed wyborem: wziąć kredyt na 30 lat i żyć na granicy ubóstwa, wynajmować w nieskończoność bez poczucia bezpieczeństwa, albo wyjechać tam, gdzie da się normalnie żyć.

Coraz więcej wybiera opcję trzecią. I trudno im się dziwić. Bo jak można planować przyszłość w kraju, który nie oferuje miejsca do życia?

Piotr, 29-letni inżynier, pakuje rzeczy do przeprowadzki do Amsterdamu: “Tam też mieszkania są drogie. Ale przynajmniej zarabiam tyle, że stać mnie na wynajem i życie. I nie muszę się martwić, że właściciel mnie wyrzuci, bo zobaczył w telewizji, że może podnieść czynsz o 100%. Tam traktuję mieszkanie jak dom. W Polsce traktowałem je jak hostel, z którego za chwilę mnie wyrzucą.”

To nie jest historia o mieszkaniach. To historia o kraju, który zawodzi swoje najmłodsze, najlepiej wykształcone, najbardziej produktywne pokolenie. Pokolenie, które miało budować nowoczesną Polskę. Zamiast tego buduje swoje życie gdzie indziej, bo tutaj nie ma dla nich miejsca. Dosłownie.

Kryzys mieszkaniowy to tykająca bomba. Możemy ją rozbroić, ale wymaga to działań, na które nikt nie ma odwagi. Więc czekamy, aż wybuchnie. A wtedy będzie za późno na pytanie, dlaczego młodzi Polacy nigdy nie kupią własnego M.

Bo odpowiedź jest prosta: bo Polska nigdy nie dała im takiej szansy.

[frenify-rating id="2201"]
Wczytywanie
Szukaj Trending
Wczytywanie

Signing-in 3 seconds...

Signing-up 3 seconds...