Ciężkie kotary zasłaniały okna kamienicy przy Nowym Świecie. Z ulicy dochodził stukot niemieckich butów i od czasu do czasu warkot silnika wojskowej ciężarówki. W środku jednak panowała zupełnie inna atmosfera – dym papierosowy mieszał się z zapachem francuskiej wody kolońskiej, a przy zielonych stołach do gry zasiadali elegancko ubrani mężczyźni i kobiety. Gdyby nie swastyki widoczne przez uchylone zasłony i niemiecka mowa dochodząca z przedpokoju, można by pomyśleć, że czas się cofnął do przedwojennej Warszawy.
To było jedno z najbardziej paradoksalnych miejsc okupowanej Polski – kasyno prowadzone przez Niemców, ale przeznaczone wyłącznie dla Polaków. Oficjalnie nie istniało. W dokumentach Gestapo figurowało jako “punkt obserwacyjny nr 47”. Dla wtajemniczonych było po prostu “piekłem Franka” – od nazwiska jego niemieckiego właściciela, Sturmbannführera SS Heinza Franka.
Gra o wszystko
Maria K., przed wojną żona znanego warszawskiego adwokata, po raz pierwszy przekroczyła próg kasyna w lutym 1941 roku. Jej mąż zginął podczas bombardowania Warszawy, a ona sama utrzymywała się z sprzedaży rodzinnej biżuterii. “Przyjaciel powiedział mi, że jest miejsce, gdzie można zarobić, grając w karty z Niemcami” – zeznała po wojnie przed komisją weryfikacyjną. “Nie wiedziałam, że to pułapka.”
Kasyno działało według prostych, choć niewypowiedzianych zasad. Wstęp mieli tylko ci, którzy otrzymali specjalne zaproszenie – zwykle byli to przedstawiciele przedwojennej elity: przemysłowcy, którzy próbowali ratować swoje fabryki, artyści szukający protekcji, kobiety z towarzystwa, które straciły swoich mężów. Niemcy pozwalali im wygrywać – początkowo. Potem zaczynała się prawdziwa gra.
“System był prosty jak drut” – wspominał po latach Jan S., przedwojenny właściciel fabryki tekstyliów. “Najpierw pozwalali ci wygrać. Czułeś się pewny siebie, zaczynałeś grać o wyższe stawki. Kiedy przegrywałeś – a zawsze w końcu przegrywałeś – proponowali ci układy. Informacje za długi. Współpraca za możliwość dalszej gry.”
Kruche alianse
W kasynie przy Nowym Świecie krzyżowały się losy okupowanej Warszawy. Przy jednym stoliku mógł siedzieć przedwojenny sanacyjny minister, przy drugim – żona oficera AK, przy trzecim – czarnorynkowy handlarz zaopatrujący getto. Wszyscy udawali, że się nie znają, choć przed wojną bywali na tych samych przyjęciach.
Henryk Frank, gospodarz tego przybytku, był postacią równie enigmatyczną co złowieszczą. Oficer SS z Austrii, przed wojną prowadził kasyna w Wiedniu i Berlinie. Mówił płynnie po polsku – podobno jego matka pochodziła z Galicji. Niektórzy twierdzili, że to on osobiście wybierał “gości” kasyna, studiując przedwojenne kroniki towarzyskie i akta policyjne.
“Frank był mistrzem manipulacji” – pisał w swoich wspomnieniach Tadeusz R., który jako młody człowiek pracował w kasynie jako krupier. “Znał słabości każdego gościa. Wiedział, kto ma chorą córkę potrzebującą lekarstw, kto ukrywa żydowskiego przyjaciela, kto ma syna w partyzantce. Te informacje były jego prawdziwą walutą.”
Cena za przetrwanie
Kasyno nie było tylko miejscem rozrywki czy nawet szantażu. Było laboratorium społecznym, gdzie Niemcy testowali granice ludzkiej wytrzymałości psychicznej. Graczom pozwalano zachować pozory normalności – mogli pić francuskie wina, palić amerykańskie papierosy, słuchać jazzu. W zamian musieli tylko… grać.
Stefania W., przed wojną primabalerina Teatru Wielkiego, trafiła do kasyna jesienią 1942 roku. “Szukałam sposobu, żeby wydostać z getta moją przyjaciółkę, Żydówkę” – zeznawała po wojnie. “Ktoś powiedział mi, że Frank czasem pomaga… za odpowiednią cenę.”
Cena okazała się wyższa, niż mogła sobie wyobrazić. Nie chodziło tylko o pieniądze czy informacje. Frank żądał całkowitego podporządkowania. Stefania musiała nie tylko grać, ale też towarzyszyć niemieckim oficerom podczas oficjalnych przyjęć, śpiewać dla nich, być ozdobą.
“Najbardziej upokarzające było to, że pozwalali nam czuć się przez chwilę jak dawniej” – mówiła. “Na moment mogłeś zapomnieć o okupacji, o głodzie, o strachu. A potem wracałeś na ulicę i rzeczywistość uderzała ze zdwojoną siłą.”
Sieć powiązań
Z czasem kasyno stało się centrum skomplikowanej sieci powiązań. Niektórzy gracze próbowali wykorzystać swoje kontakty z Frankiem do ratowania bliskich lub zdobywania informacji dla podziemia. Inni całkowicie pogrążali się w kolaboracji.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych bywalców kasyna był Władysław M., przedwojenny dziennikarz, który w czasie okupacji wydawał gadzinową gazetę. W kasynie bywał niemal codziennie, przegrywając fortuny – lub może tylko udając, że przegrywa.
“Nikt nie wiedział, po czyjej stronie stoi M.” – wspominał Jan S. “Jednego wieczoru widywałeś go pijącego bruderszaft z gestapowcami, następnego ktoś szeptał, że pomógł wydostać z Pawiaka członka podziemia. Był jak kameleon.”
Po wojnie okazało się, że M. rzeczywiście prowadził podwójną grę – był informatorem AK, ale jednocześnie część przekazywanych przez niego informacji była dezinformacją podsuwana przez Niemców. Sam M. nie dożył końca wojny – zginął podczas Powstania Warszawskiego w niewyjaśnionych okolicznościach.
Koniec gry
Kasyno przy Nowym Świecie działało do wiosny 1944 roku. Wraz ze zbliżaniem się frontu wschodniego, Niemcy zaczęli likwidować tego typu “eksperymenty”. Henryk Frank zniknął w kwietniu 1944 roku – niektórzy twierdzili, że wyjechał do Argentyny, inni – że został zlikwidowany przez własnych jako niewygodny świadek.
Wielu bywalców kasyna nie dożyło końca wojny. Ci, którzy przeżyli, najczęściej milczeli o swoich doświadczeniach. W powojennej Polsce, gdzie kolaboracja była karana śmiercią, przyznanie się do bywania w niemieckim kasynie mogło oznaczać wyrok.
Maria K., która rozpoczyna ten reportaż, przeżyła wojnę, ale nigdy nie odzyskała dawnej pozycji społecznej. Do końca życia mieszkała w małym mieszkaniu na Pradze, utrzymując się z korepetycji. “Każdy z nas płacił swoją cenę” – mówiła. “Niektórzy życiem, inni honorem, jeszcze inni – wieczną niepewnością, czy zrobili wszystko, co mogli.”
Epilog
Historia kasyna przy Nowym Świecie pozostaje jednym z najmniej zbadanych epizodów okupacji. Większość dokumentów została zniszczona, świadkowie milczeli lub mówili półprawdy. To, co wiemy, to zaledwie fragment większej układanki – historii o tym, jak wojna i okupacja rozbijały nie tylko miasta i państwa, ale przede wszystkim ludzkie sumienia.
Paradoks kasyna – miejsca, gdzie ofiara i kat, patriota i zdrajca, grali przy jednym stole – pozostaje symbolem moralnej ambiwalencji czasów okupacji. Była to gra, w której nikt nie wygrywał, a stawką było nie tylko życie, ale i człowieczeństwo.
Kamienica przy Nowym Świecie stoi do dziś. W miejscu kasyna jest teraz sklep z elektroniką. Czasem tylko starsi mieszkańcy, przechodząc obok, spoglądają w górę, na okna drugiego piętra, jakby wciąż widzieli zasłonięte kotary i słyszeli dźwięk toczonych kości – echo gry, która nigdy nie miała zwycięzców.
