„Dzień dobry kochani! Wiele z was pytało mnie o moją poranną rutynę…” – mówi do telefonu dziewczyna, która właśnie wstała o 11:00, nałożyła na twarz tapetę grubości gładzi szpachlowej i udaje, że budzi się tak naturalnie. Nikt nie pytał. Absolutnie nikt. Ale trzeba jakoś zagaić, bo w kolejnym Story czeka już reklama herbatki na przeczyszczenie, a czynsz za apartament na Wilanowie sam się nie zapłaci.
Witamy w świecie polskiego influenceringu. Krainie, gdzie granica między człowiekiem a banerem reklamowym została zatarta, a intymność stała się walutą wymienialną na darmowe lakiery do paznokci. To świat, w którym nie ma przyjaciół – są „zasięgi”. Nie ma przeżyć – jest „content”. I nie ma wstydu – jest „współpraca barterowa”.
Człowiek-Ulotka
Kiedyś, żeby zobaczyć reklamę, musiałeś włączyć telewizor albo wyjść na ulicę. Dziś wpuszczasz akwizytora do własnego łóżka, odpalając rano Instagram.
Influencer to współczesna wersja domokrążcy, tylko że zamiast garnków Zeptera wciska ci wirtualne marzenia.
Najbardziej przerażająca jest skala tego sprzedawania się. Ci ludzie nie mają już życia prywatnego. Każdy element ich egzystencji jest na sprzedaż.
- Idą na kawę? Musi być oznaczona kawiarnia.
- Jadą na wakacje? Oznaczony hotel, biuro podróży i producent walizki.
- Zaszła w ciążę? Świetnie! Będzie można reklamować wózki, laktatory i suplementy dla matek karmiących.
Influencer nie posiada przedmiotów. On je „testuje”. Jego mieszkanie to nie dom, to magazyn paczek PR-owych. Patrzysz na ich relacje i widzisz, jak z wdzięcznością rozpakowują kolejne pudełko z darmowym szamponem, piszcząc z zachwytu. To jest prostytucja konsumencka. Sprzedajesz swoją twarz, swoje nazwisko i zaufanie swoich fanów za karton kosmetyków wartych 200 złotych. Czy tak wygląda sukces? Czy może tak wygląda desperacja ukryta pod filtrem Valencia?
Mit „Ciężkiej Pracy”
Nie ma nic bardziej irytującego niż narzekanie influencerów na to, jak ciężko pracują.
„Och, kochani, dzisiaj mam taki zapierdziel, od rana na planie (czyli na kanapie), potem muszę obrobić zdjęcia (nałożyć filtr), a wieczorem event (darmowe drinki)!”
Biedactwa. Ręce opadają.
To plucie w twarz ludziom, którzy wstają o 5 rano, żeby tyrać w fabryce, szpitalu czy biurze. Influencerzy stworzyli narrację, w której zrobienie ładnego zdjęcia toalety to wysiłek intelektualny na miarę nagrody Nobla. Próbują nadać sens swojej pustej egzystencji, ubierając ją w słowa „kreacja”, „budowanie marki”, „social media management”.
Nie, Kasiu. To, że nagrałaś TikToka, jak tańczysz do piosenki, trzymając w ręku batonik proteinowy, nie czyni cię artystką. Czyni cię żywym słupem ogłoszeniowym.
Dzieci jako rekwizyty (Sharenting)
Tu wchodzimy na grząski grunt moralnego dna. Instamatki.
Kobiety, które z macierzyństwa zrobiły biznesplan. Dziecko jeszcze nie potrafi mówić, a już zarabia na matkę. Jego pierwsze kroki, pierwsza kupa na nocniku, pierwszy płacz – wszystko ląduje w sieci. Dlaczego? Bo zdjęcia z dziećmi mają więcej lajków. A więcej lajków to lepsze kontrakty reklamowe.
To jest cyfrowe niewolnictwo. Te dzieci nie wyraziły zgody na to, żeby tysiące obcych ludzi oglądało ich gołe tyłki w kąpieli. Ale mamusia musi mieć nowy kontrakt na pieluszki, więc prywatność dziecka ląduje w koszu.
Traktowanie dziecka jak rekwizytu, jak słodkiego dodatku do stylizacji, to patologia w najczystszej postaci. To budowanie własnego ego kosztem małego człowieka, który za 10 lat zostanie wyśmiany w szkole, bo koledzy znajdą filmy, na których matka opowiada o jego problemach z gazami.
Pustka za filtrem
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, co kryje się pod spodem. Kiedy wyłączysz telefon, kiedy zgasną lampy pierścieniowe.
Zostaje pustka.
Influencerzy są zakładnikami algorytmu. Ich nastrój zależy od lajków. Ich samoocena jest skorelowana z zasięgami. To życie w ciągłym lęku: „Czy o mnie zapomną? Czy jestem wystarczająco ciekawy? Czy moja owsianka jest wystarczająco fotogeniczna?”
To hodowla narcyzów, którzy nie potrafią przeżyć chwili, jeśli jej nie udokumentują. Jeśli nie było tego na Story, to się nie wydarzyło. Wyjazd bez relacji to wyjazd stracony. Randka bez zdjęcia jedzenia to strata czasu.
To życie na pokaz. Fałszywe uśmiechy, fałszywe relacje, fałszywe piękno.
Przestańmy robić głupich ludzi sławnymi
My, odbiorcy, jesteśmy temu winni. To my klikamy. To my wpisujemy kod „ŻENADA20”, żeby dostać zniżkę na buty, których nie potrzebujemy.
Zrobiliśmy z ludzi bez talentu, bez wiedzy i bez żadnych osiągnięć – autorytety. Pytamy szafiarki o geopolitykę, a patostreamerów o wychowanie dzieci.
Świat influencerów to bańka mydlana. Błyszczy, mieni się kolorami, unosi się nad ziemią. Ale w środku jest tylko powietrze. I prędzej czy później ta bańka pęknie, zostawiając po sobie tylko mokrą plamę i stertę przeterminowanych kodów rabatowych.
Nie zazdrośćcie im tego „życia marzeń”. Bo życie, w którym musisz ustawiać kamerę, żeby udawać, że spontanicznie cieszysz się z picia kawy, to nie marzenie. To koszmar z “Black Mirror”, który wydarzył się naprawdę.